-Do zobaczenia jutro.- Krzyknęła na pożegnanie odwracając się i machając do mnie.
Niepewnie jej odmachałam i zamknęłam szafkę. Oparłam głowę o szafkę myśląc o jego hipnotyzujących oczach. Były takie piękne, w świetle słońca bursztynowe, ale gdyby się tylko poruszył o milimetr, kolor zmieniłby się na ciemny brąz. To było takie dziwne... Nie widziałam co myśleć. Wychodząc na dziedziniec szkoły przyuważyłam dobrze znane mi auto. Z grymasem niezadowolenia szybko udałam się w jego stronę. Otworzyłam drzwi i wsiadłam bez słowa. Przywitał mnie mój tata.
-Dzień dobry Desiree.-Odparł poważnym tonem spoglądając na mnie z przedniego fotela.
Nic nie odpowiedziałam tylko na niego spojrzałam. Opuszczając wzrok zakryłam włosami twarz, nie lubiłam, gdy ktoś się na mnie patrzył.
-Zawieź mnie do domu, nie chcę dzisiaj jechać do kliniki...-Powiedziałam i zatopiłam się w lekturze książki
-Źle z Noahem, na prawdę, on Cię teraz potrzebuje...N...Nie wiadomo ile czasu mu zostało...-Odparł opuszczając głowę na kierownicę.
Podniosłam wzrok na tatę i zauważyłam pojedyncze łzy powoli spadające na robocze spodnie. Spadały jakby w zwolnionym tempie, albo ja je tak widziałam, sama nie wiem. Oczy zaszły mi łzami. Wysiadłam z tylnego siedzenia auta i podeszłam do drzwi kierowcy. Otworzyłam je i jak najmocniej wtuliłam się w tatę. Wstał, więc ja również wstałam. Tak bardzo płakał. Ja również nie stałam jak słup, płakałam równie mocno jak on. Płakałam jakby uchodził ze mnie cały ten ból, te emocje które w sobie tłamsiłam, bo nie potrafiłam się z nimi uporać... Szeptałam mu co chwilę do ucha, że go przepraszam. Przepraszałam za bycie okropną córką, przepraszałam za próżność, przepraszałam za brak wsparcia we mnie.Tata otarł łzy szybkim ruchem i spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Były pełne miłości, zaangażowania i troski. Wręcz mówiły do mnie, że nie mam za co przepraszać, bo to nie moja wina. To był pierwszy raz gdy widziałam tatę w takim stanie, te lata walki o Noaha, miesiące przesiedziane przy jego łóżku, godziny rozmów z wszystkimi znanymi lekarzami, majątek wydany na operacje, to wszystko na nic.
-Wszystko będzie dobrze.- Szeptałam mu do ucha, przynajmniej tak sądziłam...
***
-Noah, braciszku...- Przywitałam nastolatka, co prawda udawanym, ale szerokim uśmiechem. Chyba się nie zorientował, bo odwzajemnił mi się super szczerym uśmieszkiem. Ukazując białe ząbki tak jakby podnosił mnie na duchu. Dawał mi nadzieję, bym wierzyła, że wszystko wróci do normy. Dzięki niemu miałam tą siłę, dzięki której budziłam się każdego ranka. Mama siedziała na krzesełku ustawionym obok szpitalnego łóżka Noaha. Z każdej strony sali były białe jak śnieg ściany, łóżko, krzesła, pościel i wszystko co było w sali, nie należące do nas było białe. Tata podszedł do mamy i wziął ją pod rękę. Poszedł z nią chyba do kawiarenki, by coś zjadła, bo wyglądała na prawdę marnie. Nie jadła nic od kilku dni. Oboje śledziliśmy ich wzrokiem, aż nie zniknęli za zakrętem. Aparat do którego przypięty był Noah co chwila pikał.
-Za niedługo usnę siostrzyczko...Czuję to...- Powiedział do mnie z chrypą w głosie
-Jesteś pewnie zmęczony.- Mówiąc to pocałowałam go w czoło.
Gdy usłyszałam co powiedział moje serce się wzdrygnęło, do oczu napłynęły łzy. Wiedziałam, że nie chodziło mu o sen taki jaki jest w nocy, czy też o drzemkę. On mówi o śmierci. Zacisnęłam zęby z całych sił. Nie chciałam, by widział jak płaczę...
-Ale nie o taki sen mi chodzi. Wiesz...- Jego głos zadrżał.-Kiedyś byłem w twoim pokoju. I na biurku leżała książka, wziąłem ją, bo myślałem, że już ją przeczytałaś. Chciałem na niej porysować, ale otworzyłem ją na jakiejś stronie. Przypadkowa była, uwierz mi. I spojrzałem na jedną z kartek. Podkreśliłaś na niej cztery słowa. Calderon de la barke. Proszę, powiedz mi co to znaczy. Jestem taki ciekawy, ale jakoś nie mam okazji jak sprawdzić.-
-Życie jest snem. Calderon de la barke to znaczy życie jest snem.-
-Życie jest snem, z którego budzimy się dopiero w niebie.-Podsumował
Spojrzałam na niego i nie mogłam powstrzymać łez. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam. Zimna dłoń dotknęła moich rąk i je odsłoniła. Noah spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczyma i lekko pokiwał głową. Dał mi do zrozumienia, bym nie płakała. Gdy rodzice weszli do sali szybko otarłam łzy i wybiegłam do łazienki. Nie chciałam by widzieli mnie w takim stanie. Wyjrzałam zza rogu do sali Noaha i przyuważyłam jak się śmieje z rodzicami. On ma bardzo misterny plan. Chce by rodzice i ja zapamiętali go jako wesołego, pełnego życia Noaha, a nie umierającego na niezgodność szpiku chłopca. Udałam się do szpitalnej kawiarenki. Zamówiłam ciastko i kawę. Usiadłam przy jednym ze stolików i czekałam na zamówienie.
-Desiree Bright.-Usłyszałam za sobą głos.
Serce zaczęło mi szybciej bić. Zacisnęłam dłoń na kubku z dopiero co przybyłą kawą. Obróciłam głowę w stronę hipnotyzującego głosu. Moim oczom ukazała się postać Zayna. Tak. Tego Zayna Malika. Tego, który zrzucił mi książki i się ze mnie śmiał. Stał za mną taki sobie nieziemsko przystojny, z kubkiem kawy w ręce. Czułam jak policzka robią mi się momentalnie czerwone. Spuściłam głowę i zakryłam włosami twarz. Zayn pewnym krokiem ruszył do mojego stolika. Odsunął sobie jak gdyby nigdy nic krzesło i usiadł na przeciwko mnie. Siedział tak z minutę nie robiąc nic innego, tylko się we mnie wpatrując. Ja przez tę minutę czułam się tak potwornie skrępowana, twarz chowałam za włosami, by nie widział rumieńców. Musiałam zwolnić uścisk na kubku od kawy, bo by pęknął zaraz. Unoszący się w kawiarence zapach kawy, był niczym w porównaniu do jego perfum. Były piękne, pachniały prawdziwym mężczyzną. W tym momencie jego brązowo-hebanowe oczy powędrowały na dłonie. Przeskanował je dokładnie.
-Wiesz, raz słyszałem takie powiedzenie, że oczy i dłonie są zwierciadłem duszy. A że spojrzałem już Ci w oczy, teraz patrzę na dłonie, i widzę, że jesteś niesłychanie skryta. Pozwól mi się odkryć.- Jego głos rozbrzmiał w mojej głowie przebijając się przez wszystkie moje bariery ustawione w głowie. Spoglądnęłam na niego. Na twarzy namalował lekki uśmiech. Lekki zarost spowodował, że wyglądał na dużo bardziej dorosłego, niż w rzeczywistości był.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz